poniedziałek, 5 maja 2014

Notatki, zapiski...

Zawsze, od kiedy pamiętam, w moim życiu towarzyszyły mi notatki, wszelkiego rodzaju zapiski. Chyba już z natury, a może i trochę w związku z wyuczonym zawodem (no w końcu księgowa...), ciągle coś pisałam, notowałam, porządkowałam. Tak mam do dziś, dużo czytam i dużo piszę, wydaje mi się, że dzięki tym wszystkim notatkom i zapiskom wszystko wokół mnie będzie bardziej uporządkowane, poukładane. I chyba tak jest, bo choć zajmuje to wiele czasu i jest pracochłonne to mam nieodparte wrażenie, że jest poukładane...
I tak dorobiłam się już wielu zapisanych kalendarzy, notatników, zeszytów, ale najbardziej lubię i są mi bliskie trzy, a mianowicie zeszyt z przepisami, ale takimi, które chciałabym, aby były przekazywane z pokolenia na pokolenie, proste, sprawdzone, gwarantujące idealny domowy posiłek. Marzy mi się, aby moje córki, gdy będą już dorosłe i będą miały ten zeszyt w rękach, nie tylko skorzystały z przepisów, ale wróciły pamięcią do domu...do jego zapachu, do jego atmosfery, do dzieciństwa...




Zeszyt jest piękny, kupiony tutaj. Zadbano o każdy jego   szczegół...



...dlatego staram się tu umieszczać, tylko wyjątkowe przepisy, takie, które warto podać dalej...jak np. przepis na tradycyjny polski domowy chleb,wykonany z mąki pełno ziarnistej i  upieczony na zakwasie...,




który smakuje wyjątkowo, nawet sam, tylko z masłem, posypany solą i ziołami z domowego ogródka, przepisy na torty, które są sprawdzone i już od jakiegoś czasu większość rodzinnych, ważnych uroczystości nie może się bez nich obejść...



Jestem nie tylko tym co jem, ale również tym, co myślę, co piję i jak żyję, dlatego staram się w każdej z tych sfer życia wprowadzać zmiany, takie zmiany, które pozwolą mi żyć w harmonii...
Jedzenie, posiłki są jednym z nich, bardzo ważnym elementem mojego życia i  stąd pomysł na spisywanie tego co smaczne, zdrowe i sprawdzone i przekazanie dalej...dla przyszłych pokoleń. 
W zeszycie tym znajdują się przepisy różne, zarówno takie, które są przekazane od kogoś (rodziny, znajomych), ale także takie, które znalazłam w internecie, czy w książkach kucharskich, nie mniej jednak, każdy z nich jest wyjątkowy, sprawdzony i ...smaczny, dlatego nie brakuje tam takich "kulinarnych perełek" jak domowe ogórki konserwowe czy kiszone,  grzybki marynowane, dżemy z sezonowych owoców, prosty sos pomidorowy, czy np. oleje ziołowe. 
Wszystkie te przepisy pachną świeżością, włożonym w nie sercem i niepowtarzalnym smakiem.
Kobiety..., są takie, które potrafią zachwycić jednym uśmiechem, jednym spojrzeniem, emanują ciepłem, mądrością, wrażliwością i dobrocią, czymś czego nie widać na zewnątrz, a czymś co mają w sobie...pięknem wewnętrznym. 
I choć uważam, że to jest, w nas kobietach najważniejsze i tego powinnyśmy się uczyć i szukać, to jednak bardzo lubię i to co choć trochę jest zewnętrzne, a więc modę...
Dla kogo się ubieramy?  Dla innych kobiet?, czy dla siebie? Czy "opakowanie" liczy się tylko na pokaz?, czy służy czemuś więcej? 
Dla jednych będzie to zawód, dla innych hobby, jeszcze dla innych właśnie chęć zrobienia wrażenia...
Dla mnie moda to chęć wyrażenia siebie, to poczucie dobrego smaku, a przede wszystkim wygoda...
I tak od jakiegoś już czasu wyruszyłam w "kreatywną podróż po świecie mody".
Kupiłam duży notatnik, w którym...wklejam zdjęcia, które czymś mnie zainspirowały, zaciekawiły, poruszyły. Są to zdjęcia z różnych czasopism modowych i nie tylko...
Tak więc powstał już całkiem ciekawy i dość "opasły" notatnik z mojej własnej  podróży po świecie mody...




notatnik, który daje mi dużo fantastycznej zabawy, bo to jakiś rodzaj wyluzowania, wyłączenia wewnętrznego krytyka ( przecież nie ubieram się w to wszystko), to rodzaj mojego osobistego dziennika, tego co mnie zachwyca i inspiruje w tym ogromnym świecie, świecie mody, dla mnie osobiście świecie wyrażania siebie... I tak powstał mój osobisty album, nie tylko album o modzie ale album osobowości, bo przeglądając go dowiaduję się o sobie czegoś więcej... czegoś nowego,
czegoś co w jakimś stopniu jest również pięknem wewnętrznym... 
Trzecim, nie mniej ważnym od powyższych notatnikiem, który nieustannie towarzyszy moim zapiskom...jest zeszyt, w którym spisuję, (krótko) swoje myśli, swoje wrażenia...z przeczytanych książek



  
Zeszyt został oczywiście zakupiony tutaj, moim ulubionym internetowym sklepie, gdzie zaopatruję się w ręcznie robione rzeczy, takie jak notatniki, zeszyty, czy karki okolicznościowe.
Ponieważ uwielbiam czytać i jest to chyba mój największy "nałóg" , to w którymś momencie wpadłam na pomysł, aby spisywać książki które przeczytałam, myśli i wrażenia, właśnie w takim zeszycie...i choć nie robię tego regularnie ( niestety doba ma TYLKO 24 godziny), to jest to bardzo fajna sprawa, bo dzięki tym zapiskom porządkuję swoje myśli, w jakiś sposób kształtuję swoją osobowość, a poza tym ja zawsze uważałam, że pisanie jest twórcze i bardzo pozytywnie wpływa na nas samych. I fajnie jest wrócić ( w skrócie) do przeczytanej książki z przed kilku lat i zobaczyć jakie wtedy były moje wnioski i czy są zbieżne z tym co myślę dziś... i wyobraźcie sobie że wnioski są bardzo często zaskakujące, właśnie dla mnie samej...
Tak więc notatki, zapiski towarzyszą mojemu życiu nieustannie, ( nawet blog, który prowadzę powstał z potrzeby pisania...), zaczęły się baaardzo dawno, bo już w szkole, kiedy musieliśmy zapisywać to co nam usiłowano włożyć do głowy i trwają do dziś, kiedy robię to z własnej nie przymuszonej woli i dają mi bardzo dużo satysfakcji.
A czy Wy Moi Drodzy macie takie swoje małe codzienne rytuały, które dają Wam radość i zadowolenie, które towarzyszą Wam z nadzieją, że przetrwają pokolenia...?

czwartek, 1 maja 2014

Maj...

Maj to zdecydowanie mój ulubiony miesiąc w roku...
Lubię te jeszcze jego chłodne poranki pełne nasyconych kolorów i zapachów. W takie dni szeroko otwieram okna, by chłonąć zapachy i odgłosy świergotu ptaków, który o tej porze jest wręcz upajający. 
Wydaje mi się, że w ten czas ludzie są bardziej bezinteresowni, a smaki domowych wypieków i truskawek prosto z krzaka smakują jak nigdy w roku...
Uwielbiam ten czas, ponieważ możemy dosłownie i w przenośni przenieść ogród do domu i odwrotnie dom do ogrodu. Niezliczona ilość kwiatów i roślin, która w tym miesiącu zakwita, pozwala nam cieszyć oczy i chłonąć zapachy zarówno w ogrodzie jak i w domu, a posiłki na dworzu, w obliczu roślin, ich zapachu i świergotu ptaków nigdy nie smakują tak jak w maju...
Poza tym maj to miesiąc kiedy przyszła na świat moja pierwsza córcia ( i to w Dzień Matki) i od tąd w sposób szczególny czuję i traktuję  ten miesiąc...
Uwielbiam go za kwiaty, które nam daje i za ich zapachy...
Bez, peonie, kwitnące jabłonie, azalie, rododendrony to prawdziwe cuda natury.
Pierwszymi majowymi perełkami są:  bez, niezapominajka i kwitnące drzewa, zresztą co tu dużo mówić, zdjęcia chyba wystarczą...




Uwielbiam bez za to, że jest bardzo wdzięcznym kwiatem do różnych kompozycji i za jego zapach, który gości w moim  domu przez cały czas jego kwitnienia...






A tu mój własny, ogrodowy, jeszcze w niepełnym rozkwicie...


I jak tu nie kochać maja, a to dopiero początek i z pewnością w najbliższych postach będę monotematyczna bo będzie duuuużo o roślinach i o tym co się dzieje w moim ogrodzie, a mogę Was zapewnić, że się dzieje...



 Na koniec tego kwiatowego posta cytat wiersza Antoniego Słonimskiego "GRA W ZIELONE"

Czy masz zielone?
- Nigdy go nie zapominam...
A ty czy masz je?
- Zawsze je na piersi noszę...
Wiem, jakie lubisz liście,
zobacz tedy proszę.
Co dzień oto bez świeży
w butenierkę wpinam.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

"Perełki"

Takimi perełkami są dla mnie tzw.  "rzeczy z duszą", rzeczy wyszperane na strychu u babci, na targach staroci, często zwerbowane już prawie ze śmietnika, z second handu. Lubię, gdy każdy przedmiot, każda rzecz jest obdarzona "swego radzaju osobowością". 
Nie mam nic przeciwko nowoczesności, kojarzącej się z minimalizmem, prostotą i przestrzenią zmierzającej do ograniczenia mebli, dodatków i dekoracji. Nawet bardzo mi się to podoba. Jednak, biorąc pod uwagę moje odczucia ,  przestrzeń w której się znajduję musi być ciepła, domowa, ubrana w dodatki, przedmioty i dekoracje. Taka przestrzeń daje mi poczucie spokoju, bezpieczeństwa i atmosfery domowej, ja po prostu czuję się w takich miejscach najlepiej...
Nie wszystko musi być w perfekcyjnym stanie, lubię gdy widać upływ czasu, historię przedmiotu. Staram się znaleźć piękno tam, gdzie z pozoru go nie ma.
Z tąd w moim domu znalazło się już trochę takich przedmiotów. Np. stary taboret, który był przeznaczony na wywiezienie do śmietnika. Stał, wśród innych rzeczy o takim samym przeznaczeniu i sama nie wiem czym mnie urzekł, ale przytachałam go do domu i oddałam w ręce zaprzyjaźnionej "artystki", która nadała mu drugie życie i od kilku już lat gości w moim domu zarówno jako stolik kawowy, stolik do dekoracji (często stawiam na nim wazonik - z second handu z lawendą z mojego ogrodu), czy po prostu taboret, gdy goszczę w swoim domu większą ilość osób...


Mam też takie krzesło, pięknie przerobione metodą decoupage, które znalazłam w warsztacie u tej samej artystki, która "przerabiała" taboret. Krzesło ma piekną formę, ale było baaardzo zniszczone, a teraz już od kilku lat służy mojej strszej córci jako krzesełko przy biurku, albo "niby stoliczek" (był to dla niej prezent urodzinowy)


Piękne, prawda?

Poza tym są w moim domu rzeczy wyszperane w second handach, jak np. piękne obrazki  - gobeliny oprawione drewnem,





obrazki przedstawiające cztery pory roku...


świetnie uzupełniające przestrzeń na ścianie w dużym holu, gdzie znajdują się szafy i jest wejście z dworu...

rózne przedmioty ( figurki dekoracyjne)...


a także piękna lampka i stary zegar z masy solnej, już bez wskazówek, bo były tak pogięte, że nie udało się ich uratować.



Są też przedmioty wyszperane na strychu u babci...


kołowrotek, stary wazon, miedziany pomocnik,


stara szafka, w której moja babcia przechowywała leki ( była biała i bardzo obdrapana), a po odnowieniu służy mi zazwyczaj do przechowywania świeczek i różnych drobnych rzeczy do ogrodu),



stare kosze wiklinowe plecione przez babcię mojego męża. Świetnie nadają się jako donice do kwiatów, przchowuję w nich również koce, a także orzechy


Mam również piękny stary gliniany garnek, który służy mi zazwyczaj jako donica, albo wazon na polne, lub "wiejskie" kwiaty...


Jestem również szczęśliwą posiadaczką oryginalnego dzbana (wyszperanego na targu staroci), który jest ozdobą samą w sobie, a w towarzystwie np. hortensji ogrodowych zachwyca jeszcze bardziej...



Wśród "moich perełek" nie brakuje takich rzeczy jak np. torebki... i biżuteria ( tu zaprezentowałam tylko część, ale mam ich znacznie więcej),


a także dobrej jakości ubrania i np. obrusy, różne serwetki itp., których nie będę prezentować teraz, ale z pewnością pojawią się jeszcze w nie jednym poście...
Co tu dużo mówić...dla mnie kwiaty, "graty" i "szmaty" tworzą niepowtarzalną atmosferę, nadają klimat i wprowadzają swoisty styl, jedyny w sowim rodzaju.
Dla mnie te wszystkie rzeczy są niezwykłe, mają swoją historię, swoją osobowość. I choć nie wszystkie są w perfekcyjnym stanie, to mają inną zaletę, są po prostu piękne, niepowtarzalne, pozwalają eksperymentować, nadawać im nowe znaczenie...

piątek, 25 kwietnia 2014

Żółty...

Kolor żółty to kolor radości, słoneczny, kolor nauki, intelektu i optymizmu.
A jak jest z tym kolorem we wnętrzach?
Tak więc jest to kolor który rozjaśni i rozweseli ciemne pomieszczenie, dlatego jego odmiany sprawdzają się we wnętrzach skierowanych na północ i wschód, a jasne pomieszczenia uczyni jeszcze bardziej pogodnymi. Jest to kolor, który jest barwą słońca i piasku, a więc przywołuje dobre wspomnienia, optymizm i radość. Odsuwa zmęczenie, delikatnie pobudza. 
Mimo wielu zalet tego koloru, wiele osób wzbrania się przed nim we wnętrzach z obawy, że je zdominuje i z czasem zacznie przeszkadzać. Niesłusznie, myślę, że warto zaryzykować...
Ja, choć jestem zwolenniczką kolorów jasnych we wnętrzach, wszelkiej natury, drewna, kamieni i roślin, ( i w takich tonach jest mój cały dom), to pokoje sypialniane są właśnie w żywych kolorach (wcześniej pisałam o sypialni, która jest w kolorze niebieskim), dziś napiszę o pokoju mojej młodszej córci - Amelki, o pokoju właśnie w kolorze żółtym.


Pokój jest od strony wschodu i naprawdę jest niezwykle słoneczny, wesoły i bardzo pasuje do usposobienia mojej młodszej latorośli - niezwykle żywiołowej.
Jak to zwykle bywa pokój dziecka można szybko zabałaganić, przy ilości zabawek i różnych gadżetów, jakie "dzisiejsze" dzieci posiadają, naprawdę nie jest to trudne. Tak było i w naszym przypadku, zobaczcie jak wyglądał pokoik przed małą metamorfozą...



i już po ...







Aby coś zmienić, ale nie radykalnie (pokój wymagał jakiejś małej przeróbki), przestawiliśmy mebelki, kolor postanowiliśmy zostawić...








ozdobiliśmy ścianę naklejkami, nowe firaneczki, narzuta i poduszki, wszystko skomponowane kolorystycznie, 



oczywiście porządek wśród zabawek ( nie wiem czy uwierzycie, ale uzbierało się ze dwa duże worki, w których były rzeczy do oddania, a część do wyrzucenia), detale w postaci koszy na zabawki, świeczki, i inne małe, ale jak ważne rzeczy, chociażby ładnie poukładane książki, dekoracja w wazonie (tu jeszcze świąteczna),






...i wyszło naprawdę fajnie. Tak więc, po raz kolejny widać, że nie trzeba wiele, aby efekt osiągnąć. A na żółty warto się skusić, bo w pokoju dziecka prezentuje się świetnie.
A docelowo, ponieważ obie moje córy wkrótce zmienią "status szkolny" i  młodsza będzie pierwszoklasistą, a starsza pierwszoklasistą, ale w Liceum, mam w planach zadziałać w ich pokojach znacznie bardziej i jak na razie będzie to szło w kierunku takim...




u młodszej, a u starszej chyba tak...


źródło: grafika google

no i jednak biel...
Niemniej polecam żółty i nie należy się go bać, bo działa pozytywnie na osoby się w nim znajdujące, bo daje dużo radości i miłego wrażenia i wcale nie musi przytłaczać, co widać (mam nadzieję) na powyższych zdjęciach.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Celebrowanie chwili...

 Chwil, które mogę celebrować jest  w moim życiu  naprawdę niewiele, choć bardzo się staram i cały czas nad tym pracuję, tym bardziej je po prostu uwielbiam i szanuję. Lubię, gdy czas płynie niespiesznie, toczy się swoim tempem, gdy wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Taki dzień jak dzisiejszy to dar, to radość i szczęście. Zazwyczaj ciągle coś muszę, ciągle gdzieś biegnę, wszystko na czas, na ostatni guzik, i jeszcze to i jeszcze tamto, tak bez przerwy.
A dziś..., dziś jest inaczej, powoli, pięknie i wreszcie nic nie muszę, nie biegnę, nie spieszę się, zbieram siły na nowe...
Przyglądałam się dziś ślimakowi, jego powolnym ruchom, jakie to niesamowite, jemu nic do szczęścia nie potrzebne, ma przy sobie swój dom, pożywienie wokół, nie spieszy się, wygląda że celebruje każdą chwilę. To jest piękne...to natura, tak być powinno. 



A my, ludzie żyjemy w świecie pełnym zobowiązań, zadań, obowiązków, musimy nadążyć, tylko za czym, do czego nas to doprowadzi...?
Dziś mój dzień wygląda inaczej, nie przeszkadza mi nic, nawet bałagan (rozmemłane łóżko po porannej "sesji filmowej")


ważne że jesteśmy razem, że jest rodzina, że mamy czas dla siebie...,
dziś miałam czas na niespieszne użycie kosmetyków (zazwyczaj robię to w pośpiechu, z przyzwyczajenia) i dokończenie książki, którą zaczęłam  jeszcze zimą, ale nie miałam kiedy jej skończyć, bo było coś innego do przeczytania, do zrobienia...


na powolne wypicie kawy i zjedzenie świątecznego ciasta w akompaniamencie ciszy, śpiewu ptaków, słońca i zieleni, która wręcz eksploduje po ostatnich deszczach i ciepłych nocach...



zarówno wśród roślin ozdobnych,





jak i w moim małym ogródku warzywnym (jest już szczypior, pietruszka, rukola, liście pora i widać owoce borówki i młode listki malin)


Niczym nie da się zastąpić prawdziwego uśmiechu na twarzy dziecka,


jego radości z rzeczy zwykłych...


...oto małe migawki tego jak minął nam dzień, dzień w którym udało nam się celebrować chwilę...uchwycić jej piękno, nie spieszyć się, odpocząć po przedświątecznym i świątecznym natłoku spraw, po których zostało wspomnienie w postaci palmy, ozdób świątecznych i zdjęć ze świątecznego stołu, oraz przejedzonych brzuszków...



A na koniec obiecane fotki z prezentacją płaszczyka, takie spontaniczne, takie po prostu, tak jak dzisiejszy dzień...



Żegnając się dziś z Wami zacytuję kolejną złotą myśl pasującą do dzisiejszych moich rozważań...

"Pragnę dziś poczuć się jak pyłek kwiatowy,
który daje się ponieść wiatrowi lub pszczole tam,
gdzie może zaowocować".